five o’clock
A tu przybliżę ideę którą kultywuję i kultywować będę dopóki się nie rozchoruję... :)
Myślę, że wielu ludzi podziela moje odczucie, iż z wiekiem czas przyspiesza. A jeśli dodatkowo mamy taką porę roku jak jesień, dni przelatują przez palce jak piasek. Dom, szkoła, praca, dom, szkoła, praca itd itd... Niby każdego dnia ma szansę zdarzyć się coś fajnego, co mogłoby zburzyć męczące schematy dnia codziennego...ale się nie zdarza. Niekoniecznie też wiadomo co miałoby się konkretnie zdarzyć...
Natknęłam się kiedyś na słowa Aldousa Huxleya: "Nigdy nie odkładaj na jutro przyjemności, którą możesz mieć dzisiaj" i pomyślałam, że zacznę się stosować do tej zasady chociaż w małym stopniu, tym bardziej, że jest zdecydowanie najmniej pracochłonna ze wszystkich mi znanych. Stworzyłam sobie swój mały ceremoniał, moją chwilę bezczelnej przyjemności w tym świecie.
Bez poczucia winy, że oto marnuję swój czas a tyle do zrobienia, że niekoniecznie jest to zdrowe, przenoszę się w świat doznań zmysłowych i fantazji. Odrzucam przyziemność wykonując jednocześnie coś całkiem przyziemnego. Bo oto wyciągam swoją XVIII wieczną filiżankę do kawy, wykładam na talerzyk ulubione ciasto i wierzcie mi, ta chwila sprawia mi taką radochę, że hej :)
Jak dodam do tego wirtualny świat mody, takiej jak lubię, jaką z chęcią bym nosiła i na jaką niekoniecznie, niestety, mnie stać to...no cóż...zapominam o świńskiej grypie i kryzysie . Przynajmniej dopóki kawa się nie skończy.
I czasem tylko westchnę, że czasy w których kobieta może leżeć i pachnieć szybko nie nadejdą.
Z życzeniami Waszych własnych five o'clock'ów!
Ps. Nie lubię plastikowej biżuterii ale jak znalazłam na Etsy te maleństwa stwierdziłam, że jedno z nich musi być moje.

